Szkoła uczuć – reż. Adam Shankman

Przeniesiona z ckliwej noweli na ekran historia nastoletniej parki, której motyw przewodni brzmi, kto się czubi, ten się lubi. Nie żeby było to jakieś specjalnie ambitne dzieło, bo nie jest, ale ma w sobie coś. Licealista-rozrabiaka Landon dostaje naganę w szkole i karę w postaci przymusowego udziału w wiosennym przedstawieniu. Prawdziwe odkupienie. Prosi szkolnego kujona, pozornie mało atrakcyjną Jamie, by pomogła mu w nauce jego roli. Ta po postawieniu jedynego warunku – nie może się w niej zakochać – zgadza się. Z czasem, oczywiście, pozornie chwilowa znajomość przeradza się w coś poważniejszego. I kiedy w końcu przyznają obydwoje, że są w sobie zakochani, Jamie postanawia wyjawić mu pewien sekret. Bardzo ckliwa, prosta historyjka o miłości niemożliwej. Wszystko dzieje się w spokojnym miasteczku pełnym równo przystrzyżonych trawników i miłych sąsiadów. Niby nic interesującego, ot kolejny film dla jakieś zakochanej gimnazjalnej – ewentualnie licealnej – parki na sam początek znajomości. Jednak historia ta coś w sobie ma – taką bezpretensjonalność, reżyserka nie siliła się na jakąś wyższą pointę (może poza tym, że miłość przetrwa wszystko etc.).