Święci z Bostonu – reż. Troy Duffy

Na okładce widnieje ostrzegawczy napis, iż film ten powinni oglądać prawdziwi twardziele. Czyli kto – sympatycy solowych rozwałek Stevena Segala i Jean Blade kopiący-z-pół-obrotu Van Dama? Otóż niekoniecznie. Było sobie dwóch braci, Irlandczycy pracujący w bostońskiej rzeźni, wieczory spędzając w okolicznym barze. Aż pewnego dnia – nieświadomie trochę – zadzierają z rosyjską mafią, mordując ich dwóch żołnierzy w samoobronie. Po złożeniu zeznań na posterunku policji doznają pewnego olśnienia – powinni powybijać każdego, kto jest zagrożeniem dla innych, na czele z gangsterskimi bossami. A że mają dobrego, choć niezdarnego kolegę w szeregach włoskiej mafii (a ten doskonale orientuje się kto z kim, gdzie i kiedy przebywa), zadanie mają ułatwione. Ich samosąd zaczyna działać. Bardzo ciekawie nakręcona sensacja. Śledztwo w sprawie dobrych zabójców prowadzi inteligentny detektyw, który przez całe śledztwo jest krok za nimi. W filmie wykorzystano interesujący sposób przedstawienia momentu strzelanin oraz późniejszych oględzin detektywa ze swoimi współpracownikami. Właśnie to, choć nie tylko, ustawia ten film w pozycji jednej z najciekawszych gangsterskich historii, jaką widział ekran.