Godzilla – reż. Roland Emmerich

Kopia azjatyckiego pomysłu, który znają wszyscy. Gigantyczny zmutowany stwór budzi się z baaaardzo długiego snu i wybiera się na pobudkę do wielkiego miasta, tym razem Nowego Jorku. Zrealizowana z rozmachem produkcja była hitem, choć nie takim samym jak dawna. Wtedy godzillą był zwykły facet ubrany w gumowe przebranie, a budynki stanowiły tekturowe atrapy. Tym razem te stare sposoby zastąpiono innymi, oczywiście bardziej efektownymi, czyli made in komputer. Jak to wyszło? Całkiem nieźle. Choć niczego zaskakującego – poza efektami, co oczywiste – tutaj nie odkryje żaden widz, to ogląda się to łatwo. Akcja trzyma się kupy, aktorzy też nienajgorzej się spisali. No i motyw przewodni Puff Daddy’ego – Come with me, kompletnie wgniata w ziemię. Sam potwór, wielka godzilla, poza twarzą nie zmieniła niczego w swoim wyglądzie, choć wygląda zdecydowanie na bardziej wychudłą – i to właściwie można liczyć na plus. Japońska wersja tego gada wyglądała bardziej zabawkowato, kojarzyła się bardziej z nieudanym produktem dla dziecka. Czy jednak Godzilla osiągnęła sukces, jaki mieli w planach twórcy? Chyba nie. Wskrzeszenie tak wielkiego gada nie powiodło się, bo poza efektami nic nowego nie ma po prostu.