Desperado – reż. Robert Rodriguez

Wściekłe spojrzenie Antonio Banderasa, gorące ciało Salmy Hayek i Robert Rodriguez w roli reżysera. Wow! To był hit. Pewnie każdy pamięta, jak El Mariachi, mściciel-muzyk, wędrujący z futerałem od gitary (niekoniecznie z gitarą w środku), wyrusza na krucjatę przeciwko gangsterowi, który zabił jego ukochaną, a jego samego uczynił pół-kaleką. Gorący, leniwy Meksyk, atmosfera latino, wszędzie kurz, a wśród tego szykująca się batalia. Gdyby nie upór i wiara Rodrigueza w siebie, ten film nigdy by nie powstał. Jego protoplastą (filmu, nie Rodrigueza) był El Mariachi, w którym grono wpływowych panów dostrzegło potencjał. Dali więc ambitnemu reżyserowi odpowiednie fundusze, on to wykorzystał. I to jak! Kto nie zachwycał się efektownymi strzelaninami, banderosowką muzyką, twardniejącą ze sceny na scenę panią Hayek? I wreszcie – kto nie pamięta gościnnego występu Tarantino i jego iście barmanowego dowcipu? Chyba nie ma kogoś takiego. Akcja filmu rozkręca się interesująco, co chwilę coś się dzieje, pojawiają się nowe postaci, kozackie typy spod ciemnej gwiazdy i – to później – starzy znajomi pokrzywdzonego Banderasa. Przygrywa do tego dobra muzyka. Koniec trochę rozczarowuje. Ale to kolec u róży – reszta jest jak najbardziej świetna.